Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry sowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry sowie. Pokaż wszystkie posty

WINTER HAS COME: Zygmuntówka


  
Na zielonym szlaku z Kamionek do Zygmuntówki.








***








Wieża widokowa na Wielkiej






Kolor, którym oznaczony jest szlak nie ma związku z trudnością szlaku, w przeciwieństwie do oznaczeń szlaków narciarskich – gdzie kolor określa stopień trudności trasy narciarskiej.
  • szlak turystyczny czerwony szlak główny jest zawsze oznaczony kolorem czerwonym.
Szlak główny zwykle jest poprowadzony przez najbardziej spektakularne, a jednocześnie najciekawsze krajobrazowo i przyrodniczo miejsca danego regionu (w górach zwykle przez najwyższe kulminacje danego pasma). Na pewno nie obejmuje jednak wszystkich wartych zobaczenia atrakcji w danym regionie, gdyż jest to niemożliwe. Często do bardzo interesujących miejsc nie są poprowadzone w ogóle szlaki turystyczne.
Kolorem czerwonym oznaczone bywają też inne szlaki biegnące w danym terenie niekoniecznie będące szlakiem głównym.
  • szlak turystyczny niebieski kolor niebieski wyznacza szlaki pokonujące duże odległości – dalekobieżne
  • szlak turystyczny żółty żółtym znakuje się krótkie szlaki łącznikowe, czasami też dojściowe
  • szlak turystyczny zielony zielony oznacza szlak doprowadzający do charakterystycznych miejsc
  • szlak turystyczny czarny kolor czarny wyznacza krótki szlak dojściowy.










***









Zygmuntówka

Widok z Zimnej Polanki
 

   Czasami każdy myśli o tym, żeby pierdolnąć to wszystko i jechać w Bieszczady. Każdy myśli, ale ja to zrobiłam.

   No dobra, może nie w Bieszczady, tylko w Góry Sowie i nie pierdolnęłam, tylko wyszłam z pracy godzinę wcześniej, ale filozoficznie oraz praktycznie wyszło na to samo. Samotna górska wyprawa chodziła mi po głowie już od zeszłego roku. Wyjazd trochę zaplanowałam ja, a trochę ka* - a jak wiemy, z ka nie wygrasz. Gdy okazało się, że tuż po moim telefonie do schroniska zwolniło się miejsce, wiedziałam, że nie mogę nie jechać.

  Po ostatniej przygodzie na trasie Koszalin - Mielno obawiałam się, że będę musiała np. nocować na dworcu we Wrocławiu, albo iść z buta z Dzierżoniowa. O dziwo, miałam idealny timing. Na dworcu PKS podchodzę do rozkładu, sprawdzam godzinę, odwracam się... a za mną już czeka autobus do Dzierżoniowa, odjeżdżający za 10 minut. Z kolei w Dzierżoniowie czekałam zaledwie 5 minut na autobus, który zawiózł mnie do ostatniej wioski przed schroniskiem. Czyż nie budziło to moich podejrzeń? Oczywiście, że tak.
    Przez chwilę.
 
Góra Ślęża z okna PKS-u
 
    Wysiadłszy z autobusu, ruszyłam żwawo przed siebie przez Kamionki, trzymając się zielonego szlaku. Nie mogłam uwierzyć, że zaledwie kilka godzin wcześniej wyszłam z pracy, a teraz jestem już w górach. Pierwszy odcinek poszedł szybko. Skrzyżowanie szlaku zielonego z drogą: proszę bardzo, jest, wszystko wg mapy. Skrzyżowanie z żółtym i niebieskim szlakiem - ależ oczywiście, zgadza się. Wyszłam na Przęłęcz Jugowską.
- I co, to już? - popatrzyłam na wymemłaną w spoconej dłoni mapkę, wydrukowaną na szybko w pracy. Dzięki tym wszystkim fortunnym przesiadkom nie miałam okazji na żadnym dworcu kupić porządnej mapy (ani szczoteczki i pasty do zębów). Ale z przystanku do schroniska jest niecałe 5 km, co może pójść źle?
   Wtedy mój wzrok padł na drogowskaz "Zygmuntówka - 15 min".
"No, to już jestem w domu" - pomyślałam. NIGDY tak nie myślcie.
   Trzy godziny później....


Owieczki, owieczki, dokąd mam iść? :-(


Może tędy? Zejdę z tej stromej górki, a potem z powrotem wejdę...

Wbrew moim nadziejom, ten śliczny budyneczek nie był schroniskiem. 


   Gdy już mi się znudziło błąkanie po szczycie góry (nie byłam aż tak szalona, żeby iść w opór w jednym kierunku), usłyszałam ludzkie głosy.
- Słuchajcie, bo ja już tu się chwilę błąkam, jak dojść do Zygmntówki? - podeszłam do parki, która rozbiła swój namiot na polance. Się urządzili, nie powiem, piwo, grill, kiełbaski...
- W sumie w linii prostej masz jakieś 500 metrów do schroniska, jak zejdziesz stokiem...
No cóż...

Rob Rozbój był wyraźnie urażony. 
– Nigdy się nie gubimy! – oświadczył. – Zawse wimy, gdzieśmy som. Ino cosem ześmy nie som całkiem pewni, gdzie jest syćko inne, ale to psecie nie nasa wina, ze syćko inne sie gubi. (...) Gubienie sie to cosik, co sie trafia innym – oznajmił z mocą Rob Rozbój. – I chciałem to bardzo wyraźnie zaznocyć.
         "Wolni Ciutludzie", Terry Pratchett

I tego się będę trzymać.

    Gdy już klapnęłam dupą na łóżko, zrzuciłam nabierający z każdą chwilą wagi plecak i zdążyłam się zawstydzić nad swoją głupotą, do pokoju weszła druga (tego wieczoru jedyna poza mną w schronisku) turystka. I tak od słowa do słowa, od opowieści do opowieści, poznałam Basię. Powiem wam, że to trochę creepy uczuć, poznać swojego mentalnego klona :-D Okazało się, że córka Basi w ostatniej chwili zrezygnowała z wyjazdu i ja zajęłam jej miejsce. (ka?!!)
    W tym momencie perspektywa samotnej kontemplacji górskich rozdroży nieco zdechła, ale może to i dobrze, patrząc po moim talencie do nawigacji. Chociaż, jak stwierdziłyśmy, najlepsze opowieści zaczynają się od "no i wtedy zorientowałyśmy się, że się zgubiłyśmy" lub "przecież nie będziemy wracać tą samą trasą" oraz "zrobiło się ciemno i nie miałyśmy latarki, a nam zostało jeszcze 10 km".

    O poranku poznałyśmy turystę nr 3, bardzo sympatycznego jegomościa. Widać człowiek obyty, w bojach zaprawiony, niejeden szlak przebył. Więc tak sobie rozmawiamy, co by tu zobaczyć, na razie palcem po mapie.
- Maja, a może pójdziemy tędy?
Na to wtrąca się nowy znajomek:
- Maja... Maja Sarnowska?
No nie powiem, trochę mi się gały wytrzeszczyły. Baśce też. Po tym, jak niespodziewanie padło moje nazwisko, przez chwilę myślała, że jestem kimś sławnym. Ja zresztą też.
- Nooo... tak? Znamy się?
(chwila ciszy)
- Eeee... pan od biologii? :-D
    I tak oto po raz kolejny okazało się, jak mały jest ten świat. I nie mówcie, że ka toczy się bezmyślnie. Marek nie tylko uczył mnie biologii w podstawówce, ale przez 3 lata był wychowawcą Zochy w gimnazjum (uraczył mnie ciekawymi wspomnieniami ze szkolnych wycieczek), a także przymierzałam się do magisterki u niego na UP.
   Dobra, pośmieszkowaliśmy, ale szlak się sam nie zrobi. Ruszamy na Wielką Sowę.

Góry Sowie nie są zbyt wysokie, a co za tym idzie - widoki wybitnie imponujące.
Niemniej przyjemne dla oka!

TO JA


Bardzo dużo szlaków powstało z myślą o rowerzystach, przynajmniej tych
pozbawionych instynktu samozachowawczego, a wyposażonych w
tyłki z żelaza. 

   Oprócz tego, że ma identyczną filozofię życiową, Basia ma także identyczne tempo, więc szybko dotarłyśmy do Wielkiej Sowy - miejsca, gdzie zbiegają się wszystkie szlaki i znajduje się wieża widokowa. Tam spotkałyśmy pana turystę starszej daty, który polecił nam zwiedzić sztolnię w Walimiu. Niestety musieliśmy się rozstać, bo rozmowa zaczęła schodzić na tematy polityczno-religijne, a ja przyjechałam tutaj się relaksować i robić zen. Ale do sztolni pójdziemy. No, to parę widoczków.

TO JA

Widok z wieży widokowej na Wielkiej Sowie - w stronę Czech

Widok w stronę... nie Czechy, tylko bardziej w prawo.

Do Walimia jest kilka km, a do sztolni Włodarz jeszcze więcej. Głowę dam sobie uciąć, że kilka razy podczas marszu mijałyśmy znak "Włodarz 2 km". CIĄGLE 2 km. To było najdłuższe i najbardziej asfaltowe 2 km w moim życiu.





  Parę słów o Walimiu i sztolni Włodarz. (boże, zmieniam się w Zochę).
  (no dobra, skopiowałam z ich strony www.sztolnie.pl).

Od 1943 roku w rejonie Gór Sowich Niemcy prowadzili zakrojone na szeroką skalę i z ogromnym rozmachem prace budowlane pod wspólnym kryptonimem „Riese” (Olbrzym). Budowa nie została nigdy ukończona, pozostawiając po sobie szereg niedokończonych podziemnych kompleksów.

   Jeśli chodzi o przeznaczenie obiektu - można przypuszczać, że miała być to główna kwatera dowodzenia, podziemna fabryka oraz schron dla wybranych obywateli i ich rodzin. Zresztą całe Góry Sowie są podziurawione jak sito, korytarze łączą się w całe podziemne miasto. Dla turystów dostępna jest m.in. sztolnia Włodarz, częściowo zalana wodą. Część korytarzy została ukończona i powstały wysokie na kilka metrów hale, a pozostałe są w różnej fazie budowy. 

Przy obiekcie znajduje się także muzeum militarne.




Wagoniki, którymi wywożono urobek ze sztolni

    Na zwiedzanie trzeba było chwilkę poczekać - odbywa się tylko z przewodnikiem, wejścia są o określonych godzinach. Trzeba ubrać kask, uwierzcie, naprawdę nie bez potrzeby.
    Razem z nami do sztolni weszła grupa Brytyjczyków, oczywiście kompletnie nieprzygotowanych na to, co czeka ich w podziemiach. I tym sposobem dowiedziono, że turyści dzielą się na dwa typy:

Typ 1:
"Ciemno... zimno... błoto... ale super!"
Typ 2:
 "Ciemno... zimno... błoto... OH NOOOOOO"

    Typ 2 jest niepożądany na wycieczkach, bo z reguły nie ma odpowiednich butów i wszystkich wkurwia swoim marudzeniem. Dobra, a teraz to, na co wszyscy czekacie - fotki z podziemi:

Tajemnicze runy, mające wskazywać... no właśnie, co?
Jakby było wiadomo, to by nie były tajemnicze.




Do zaopatrzenia w tlen wszystkich tych korytarzy
wystarczył JEDEN szyb wentylacyjny. 

Miejscami korytarze są dość niskie, nawet ja przywaliłam głową w skałę,
a na łódce to już w ogóle można by sobie nabić niezłego guza.

Tak wysokie i szerokie docelowo miały być hale w całych podziemiach.

Górne piętro - każda hala powstawała poprzez wykucie dwóch korytarzy,
górnego i dolnego, a następnie usunięciu stropu pomiędzy nimi.


Pozostałości narzędzi, którymi posługiwali się więźniowie obozu koncentracyjnego

Powoli czas zmierzać z powrotem do schroniska - o 19 miał się zacząć koncert, który był przyczyną zwiększenia populacji turystów. Kameralne koncerty w urokliwej scenerii to domena Kultury na Poziomie. (obczajcie, jakie fajne logo i plakaty - jaram się :-D)

Prosty odcinek drogi? NJEMOŻLYWE,
pozwólcie, że to uwiecznię

Bez lęku zeszłyśmy ze szlaku. Niektóre drogi istniały nie tylko na mapie.

Przerwa na schłodzenie stópek. Doskonały pomysł - miałam pamiątkę
w postaci piasku w skarpetkach.

A tu już w pobliżu schroniska "Sowa"
 
    Nie zostało to obliczone, ale prawdopodobnie zrobiłyśmy jakieś 30 km. Boimy się dowiedzieć na pewno, bo mogłybyśmy się przewrócić i nie wstać. Na ostatniej prostej usłyszałyśmy muzykę - to koncert NOTOPOP.

Fotka z FB Kultury na Poziomie

Zagrała także KARLLA

Po prostu... taaaak.

     Oczywiście, nie mogło zabraknąć gitary i ogniska. Niestety, byłyśmy tak padnięte, że nie miałyśmy siły mówić, a co dopiero śpiewać. Chociaż próbowałyśmy. Potem pozostało już tylko paść na twarz. Jakoś odechciało nam się wstawać na wschód słońca.

    W niedzielę kontemplacja przeważała nad zapierdalaniem, ale trasę trzeba było zrobić. I tak obeszłyśmy najbliższy fyrtel, czyli Kalenicę i Żmija, a także moją już ulubioną Zimną Polankę.


Basia wskoczyła na skały niczym kozica. A mówiła, że ma zakwasy... KŁAMSTWO.


Widok z wieży na Kalenicy



Widok ze Żmija

Dlaczego nie mam takich lasów na Morasku, pytam się?!

Trochę wody dla ochłody. Pogoda dopisywała i było bardzo ciepło,
więc każdy strumyk był mile widziany.




   Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. :-(
   I tak brawurowym pościgiem za autobusem nr 16 zakończyłam swój pobyt w Górach Sowich. NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ, powtarzam dziś w myślach, kuśtykając w dół schodami po jednym stopniu z powodu zakwasów gigantów...
   A tak na serio - nie przejmujcie się komentarzami ludzi, którzy zrobią wiele, by mierzyć was swoją miarą albo wtłoczyć w ramy własnych norm. Czasami trzeba zrobić coś po swojemu.

BONUS

Ledwo przekroczyłam próg domu, tata zdaje pytanie:
- Macie u siebie w hurtowni takie szerokie grzebienie?
- No mamy... - spojrzałam na ten łysy łeb. - Ale co ty chcesz nimi czesać?
- Trawę.

Tak, mój tata przerzucił się z hodowli kaktusów na trawy.

__________
Ka - synonim przeznaczenia bądź losu; "koło, którego jedynym celem jest obrót". Oznacza też siłę życiową, obowiązek oraz miejsce, do którego trzeba dojść.