Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty

Mielno-polo 2017



   Codziennie rano wysiadam z 68 pod Zamkiem mimo przemożnej chęci, by jechać dwa przystanki dalej, na dworzec, a potem to już do pociągu byle jakiego. Dlatego nie zastanawiałam się długo, gdy padła propozycja wycieczki do Mielna na weekend (to tak uprzedzam od razu, gdyby ktoś pytał, co robiłam w tej pozbawionej prawdziwych atrakcji imprezowni). Przygoda to przygoda, no nie?

   Wsiadam do pociągu, nieco - że pozwolę sobie na taki eufenizm - oldschoolowego. I tu popełniłam pierwszy błąd. Usiadłam koło cudzej torby, myśląc, że zapewni mi to bezpieczny i komfortowy przejazd, wszak torby są bezproblemowymi towarzyszami podróży.
Porada nr 1: gdy musisz zająć miejsce w pociągu, zdecyduj od razu i wybierz siedzenie koło normalnie wyglądających ludzi. Jeżeli usiądziesz w pustym przedziale, to towarzysze podróży dobiorą się sami...
    Nie minęło 15 minut, a dziadek wziął swoją torbę, a powstała w ten sposób przestrzeń została szczelnie wypełniona przez dwóch młodzieńców i ich arsenał, tzn. 2 sześciopaki. Tak, to był zapas na  pięciogodzinną podróż - jakżeby inaczej - aż do Koszalina. Wydawałby się, że wizja wakacyjnego melanżu wprawi moich nowych ziomeczków w dobry nastrój. Ale nie! W te pędy zaczęli narzekać na długą jazdę, niekomfortowy skład oraz okno, które nie chciało się otworzyć. Oczywiście, czynili to w sposób urągający mowie ludzkiej. Bardzo chcieli puścić muzykę z telefonu, bo chociaż mieli głośniczek (!!!), niestety bateria była na skraju żywotności (DZIĘKI CI BOŻE ZA TWE DROBNE ŁASKI). Już myślałam, że będę musiała słuchać tych imbecyli przez 5 h, ale na szczęście, gdy w Rogoźnie trochę ludzi wysiadło, poszli rozpościerać swoje szkity i narzeki kilka siedzeń dalej (DZIĘKI, BOŻE... itp.), chociaż nadal od czasu do czasu docierało do mnie smutne westchnienie "kurwa ja pierdolę, jak to pięć godzin, kurwaaa ale nudy".

Aura na postoju w Grzmiącej

   Nie jestem jednak na tyle niewdzięczna, żeby tego nie docenić. Tak więc z jednej strony poczytywałam lekturę, z drugiej wyglądałam przez okno, radując oczy wybujałą, czerwcową zielenią, tęczą, deszczem, słońcem i pięknymi widokami. W międzyczasie do moich koleżków dosiadła się dziewczyna, która niestety miała telefon i jednak audycja rozpoczęła się. (THANKS FOR NOTHING, GOD). Nie będę się o tym rozpisywać, po prostu wyszukajcie sobie na yt "Autodancing". Ja tego tu nie wkleję, bo jeszcze Google sobie pomyśli, że wyszukuję jakieś dziwne rzeczy.
   No i tak zbliżamy się do przed-przedostatniej stacji. I tu powracają nasi bohaterowie, którym się znowu zaczęło nudzić i przyszli mi potowarzyszyć. (THANK YOU VEEEERY MUCH). Chcieli przeprowadzić szczegółowy wywiad. Dziwili się, że nie mam jeszcze dwójki dzieci w moim podeszłym wieku 29 lat. Byłam bardzo wdzięczna, że życiowych porad udzielają mi osobniki, które:
- mają mandaty za picie w miejscu publicznym
- mają mandaty za sikanie w miejscu publicznym
- mają mandaty za palenie w miejscu publicznym
- mają tyle mandatów za brak biletów, że kanary znają ich z imienia i nazwiska
- nie mają konta w banku
- nie pracują
- nie studiują.
    Domagali się też muzyki - mimo iż próbowałam im wytłumaczyć, że nie słucham tego szajsu - powiedzieli, że może być cokolwiek. Miałam jednak przeczucie, że Powerwolf im się nie spodoba, więc z bólem serca i świadomością wieśniactwa mego czynu puściłam im Pidżamę i Strachy na Lachy. (Wieśniacki był sam czyn, nie Pidżama). Próbowali też zachęcić mnie do gry w paintball, szczegółowo opisując, jak rozłożyste i barwne siniaki można uzyskać strzelając z bardzo bliska i nie rozumieli, dlaczego nie poczułam się szczególnie skuszona propozycją. Już miałam wizję, że idę z tymi przypałowymi kolesiami na autobus do Mielna, ale na szczęście jeszcze tego wieczoru nocowali w Koszalinie... ufff.
   Gdy wysiedliśmy z pociągu, od razu skierowałam się w przeciwnym kierunku, tak na wszelki wypadek. No i tu napotkałam nowy problem.
Porada nr 2: jeśli planujesz jechać autobusem, upewnij się, że autobus także planuje jechać.
    Patrzę na przystanki przy dworcu - pusto. Podchodzę do rozkładu, a tam autobus oznaczony jako jeżdżący w okresie letnim. No to przypał, wakacji jeszcze oficjalnie nie ma. Dzwonię do Ernesta, on jest pewny, że autobus jedzie. W międzyczasie pod rozkładem staje smutna parka, która najwyraźniej ma taką samą rozkminę jak ja. Była jeszcze szansa, żeby zdążyć na przystanek na ulicy Morskiej, więc rozpoczęliśmy wspólną wędrówkę. Tak jak w akcie pierwszym podróży towarzystwo mi wybitnie nie dopisało, tak oni przywrócili mi nieco wiary w ludzkość. Na przystanek dotarliśmy prawie od razu.
Porada nr 3: nie ufaj technologiom. Zawsze miej przy sobie papierową mapę miasta, do którego się udajesz, nawet jeśli musisz iść na przystanek parę przecznic dalej.
Ale tam ten sam problem: autobus kursuje tylko w okresie wakacyjnym. Na szczęście moi nowi kompani nie byli pozbawieni ducha przygody i postanowiliśmy iść do Mielna z buta. Szło się elegancko, asfaltową ścieżką rowerową, ale że zmrok zapadał, to zebrał nam się na tematy mroczne. Właśnie omawialiśmy sprawę Ewy Tylman, kiedy kolega przycisnął do siebie dziewczynę, bo dostrzegł coś na poboczu. Coś kształtu zasadniczo organicznego.
- Co to jest, do cholery?
Porada nr 4: jeśli chcesz zdrzemnąć się na skraju ścieżki rowerowej, koniecznie weź ze sobą skrzynkę piwa - będziesz się miał o co oprzeć.
    Tak właśnie poczynił ów jegomość, który kimał sobie, klęcząc oparty o kratę browaru. Spał sobie tak smacznie, że nie mieliśmy serca go budzić i poszliśmy dalej. Niebawem ukazały nam się Mścice w całej swej rozciągłości (czyli jakieś 100 m). Był też przystanek autobusowy, z którego miało niby coś odjeżdżać o 23:10, ale co człowiek, to inna wersja rozkładu, a kierowca tegoż musiał mieć jeszcze odmienną wizję. Moi kompani, z początku wypełnieni rześkim duchem przygody, po 7 kilometrach zaczęli wymiękać. Zachęcałam ich do dalszego marszu ("hej, zawsze możemy usiąść i się rozpłakać, nie?"), kiedy zesłano nam uśmiech losu w postaci taksówki. Taksówkarz policzył łaskawie 50 zł za te pozostałe 7 km. Ja byłam gotowa iść dalej, no ale oni już mieli płaki, więc znalazłam w sobie trochę litości i podjechaliśmy taksówką.
    Niestety nie wzięłam od nich żadnego kontaktu - a szkoda, zawsze dobrze jest mieć na podorędziu ludzi nie bojących się wizji 14 km marszu w ciemności w nieznane...
    Tymczasem w Mielnie czekała już na mnie rozśpiewana ekipa w knajpie karaoke, więc nie było mi dane odetchnąć i zostałam wciągnięta na scenę. Na nieszczęście Justyna wszystko nagrała, na szczęście nie szło to w relacji live. I tak oto zakończył się dla mnie początek weekendu.

   W sobotę rano obudził mnie dziwny dźwięk. Taki trochę konający jeleń, trochę cierpiący dinozaur. Okazało się, że to sromotnie skacowany Adam. Jęczał tak i jęczał, i jęczał jeszcze do 15. Tymczasem my z Agatą i Ernestem, mimo niespecjalnie sprzyjającej aury, udaliśmy się na zwiedzanie Mielna. (Jakby było co, kurna, zwiedzać).

Wielkie fale, czerwona flaga, o temperaturze nie wspominając. Dobrze, ze Dorota ostrzegła przed
wsteczną falą, bo już kurde chciałam wskakiwać do wody...

Hasztag piwonaplaży, insta to nie przelewki, ilość serduszek musi się zgadzać.
Fani wymagają od Ernesta dwóch zdjęć dziennie.

Domki na wodzie

Bardzo długo szukałyśmy z Agatą jeziornej plaży, dopóki Ernest nam nie powiedział,
że jezioro Jamno jest tak zanieczyszczone, że plaża i tak nie miałaby sensu.

Pomnik jelenia naturalnej wielkości (mówiłam, że to wielkie skurwysyny).

W drodze powrotnej obejrzeliśmy paradę zabytkowych ciągników...



     







   



Potem wróciliśmy na kwaterę, sprawdzić, czy człowiek-jeleń i spółka ożyli. No trochę tak. Dali radę rozpalić grilla, ale gdy my poszliśmy na zachód słońca, Adam i Marek poszli spać dalej. Justyna obczaiła nową randkę, więc wstąpiła w nią nowa energia.


Morsy to też całkiem spore son of a bitch'e.

To ja, jak moczę sobie spodnie do kolan.







To ja, kiedy odkryłam, że mam spodnie mokre do kolan.

   Niestety, gdy zaszło słońce zrobiło się już na serio zimno. Chociaż i tak od ostatniej eskapady do Międzyzdrojów zmądrzałam i wzięłam ciepłą kurtkę z kapturem, to pożałowałam, że nie wzięłam jakiejś termokoszulki ("termokoszulka? w środku czerwca? WOLNE ŻARTY, HA HA HA). Bez większego żalu opuściłam plażę, bo w zasadzie marzłam już cały dzień i miałam tego dosyć. Zresztą następnego dnia zapowiedziano plażingową pogodę. 

   No i była, przez jakieś pół godziny. Więc generalnie sprawa garderoby przedstawia się tak, że najlepiej ubrać strój kąpielowy, a na to kurwa KOŻUCH. To jedyny sposób gwarantujący przetrwanie na polskiej plaży. Wyjdzie słońce - odrzucasz kożuch. Zajdzie - przykrywasz się. Zdegustowani tą aurą postanowiliśmy zjeść pożegnalnego gofera i pakować manatki. I tak pożegnaliśmy Mielno (w moim przypadku prawdopodobnie ostatecznie). 

   Ale w planach jest już nowa przygoda, so stay tuned :-D