107 dni do wiosny
Nie ma co się kisić na fotoblogu, gdzie administracja ma wielki ból dupy nawet o zmianę obrazka w nagłówku. A tu nie ma żadnego problemu, nawet jeśli bym sobie chciała wstawić np. kopulujące owady.
Nie wiem czemu, wszyscy w ten piątek postanowili wyjechać, jednoznacznie obierając za destynację turystyczną naszą stolicę. I tak w pociągu spodziewałam się ujrzeć promotora, który także wybierał się do Warszawy. Na szczęście udało mi się moją prawie-że-skończoną pracę rzucić na biurko i niezwłocznie oddalić 309 km w kierunku wschodnim. W obydwie strony w pociągu pasażerowie byli bardzo grzeczni, nikt nikogo nie zaczepiał, nikt nie jadł niczego śmierdzącego ani nie chrapał. W spokoju przeczytałam połowę drugiej części "Tańca ze smokami". Byłam prawie zawiedziona.
W Warszawie jak to w Warszawie. Zwiedziwszy już wszystkie zabytki i inne atrakcje, mogę spokojnie oddawać się życiu towarzyskiemu lub wręcz anty-towarzyskiemu ("dziś zobaczyłyśmy już wszystkich znajomych i teraz mamy spokój na miesiąc"). Piątek upłynął na rozważaniach przy winie - padłam szybko, zmęczona byłam przecież, nooo!, na szczęście W. postanowiła się zmyć, kiedy zaczęłam opowiadać drugi raz to samo. Słusznie, nikt nie lubi powtórek (oprócz mnie i Anki, my oglądamy w kółko to samo). W sobotę łaziłyśmy po deszczu, słuchając rozpustnych opowieści Igora, których nikt co prawda nie rozumiał, ale miał zniżunię na kawusię, więc mu wybaczamy. Chociaż z oglądaniem Doktora od piątego sezonu trochę przegiął, wstałam i prawie wyszłabym, ale zobaczyłam, że w moim wiadrze jest jeszcze trochę kawy. Więc usiadłam z powrotem. ("Ja się spodziewałam, że Igor polubi jedenastego doktora, w końcu jest najbardziej gejowski i hipsterski... no i ta gestykulacja ze śrubokrętem, bzzzyt..."). Na obiad musiałam jeść ziemniaka, nie wiem skąd to przeświadczenie, że Wielkopolanin musi wyjeść codzienną dawkę pyrów... A w niedzielę, no cóż, lenistwo serialowe :) Ogólna regeneracja mózgu na 300% :)
W drodze powrotnej skończyłam "Taniec ze smokami". Dowiedziałam się też, czym jazda na smoku różni się od jazdy na koniu. (Chociaż jak sobie przypomnę Doktora galopującego na triceratopsie to myślę, że na co dzień mam coś podobnego.)
Blaneczka jest bardzo NIE-biedna, bo zamiast skorzystać w poniedziałek z ładnej pogody i wsiadać, to tylko ją polonżowałam ("jutro się wsiądzie z Kariną"). No i dupa, dowaliło mrozem, plac zamarzł, łąka zaślizgła, a w lesie czołgi. Skutkiem tego musiałam ostatnio poluzować popręg o jedną dziurkę z prawej strony... zostały już tylko dwie. Nie wiem, czy starczy do końca zimy...
Karina stwierdziła, że Blanka wygląda grubo w nowym czapraku. Nie rozumiem, myślałam, że bez żadnego czapraka też wygląda grubo...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
komentarze na moim blogu