Pojechałyśmy z Mileną do Martka czynić czyny! Oczywiście, Milena najchętniej by się rozpłaszczyła z kawą w luksusach, ale nie pozwoliłyśmy jej na lenistwo. Z pewną dozą jęków i stęków dała się wprowadzić w tryb pracy. Dundee to bardzo fajny konik: "malutki, ale sprytniutki" :-) Marta, jak to Marta, pokrzyczała sobie na nas. Lubimy to.
Z jednej strony, gdybyśmy były wcześniej, załapałybyśmy się na przejażdżkę na fryzie. Ale z drugiej, dzięki porannemu nygusostwu milenowemu, trafiłyśmy na słoneczną pogodę i pomogłyśmy Marcie w stajennych obowiązkach, które znienacka na nią spadły (całą lawiną). Zatęskniłam trochę za praktyczkami. (Ale tak max. 1 raz w tygodniu, w miłym towarzystwie, i żebym mogła się potem wykąpać we własnej łazience z ciepłą wodą...)
Oczywiście towarzyszyła nam Pelagia, która po wizycie u weta ochoczo wskoczyła do samochodu, czego nie chciała czynić w stronę poprzednią. Pewnie pomyślała - "no cóż, gorzej nie trafię, tu mi chcieli obciąć palce"... Niestety, nie poznała kolegi Bandziora, ale to jest jej przeznaczone. Pelagia & Bandzior, czyż to nie brzmi cudownie?!
Jak zgram sobie od Mileny resztę fotek, to dorzucę :-)
A najlepiej to jeszcze raz pojedziemy do Marty i narobimy nowych fotek.
Obiecała, że pojedziemy do lasu narobić hałasu! :-)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
komentarze na moim blogu