Grażyna w Turowie!

No, to teraz Grażyna już wie. :-D

   Nie wiem w zasadzie, jak to Milena zrobiła, ale zgodziłam się na karkołomne przedsięwzięcie zabrania ze sobą Grażki do Turowa (w czym niebagatelny udział miał Jacek z Krzywej). Jakby tego było mało, zgodziłam się wziąć udział w rajdzie przez góry, doliny, drogi szybkiego ruchu i inne atrakcje, o których wolałam zawczasu nie myśleć.

    Cały dzień, na który zaplanowana była misja, świeciło słońce. Piękny, cudowny dzień. Oczywiście, rzadko przewożę konia, ale kiedy już to robię, to musi być wielka, zajebista burza podczas rozładunku w nowym miejscu. :-D Jacek na szczęście ogarnął - ja to chyba byłam bardziej zestresowana niż koń. Na miejscu wywaliliśmy konia z przyczepy i schowaliśmy się w środku, bo lunęło jak z wiadra. Biedna Grażka, nieco zrezygnowana, ale w ogóle nieprzejęta stała na zewnątrz w ulewie. :-D
    Wejście do stada niczym nożem w masło. Grzejąca się Graża była bardzo otwarta na nowe znajomości. Whitney ją trochę pognębiła, pewnie lonżowała ją całą noc wokół paśnika... ;-D

   Na tej szaleńczej fali odwagi i pewności siebie (z mojej strony, rzecz jasna), gdy tylko skończyła się ulewa, ruszyłyśmy w teren. 15 km po pięknych, naprawdę malowniczych okolicach. Szkoda, że nie zobaczyłam ich w pełnej okazałości, bo zaczęło się ściemniać i do stajni wróciłyśmy już po zmroku. Koń świetnie się spisał, ale ubranie wielokrążka na wyjazd to była najmądrzejsza decyzja ever.

    Wtedy pozostąło mi już tylko paść na ryj. Na szczęście byłam zbyt zmęczona, żeby stresować się jutrzejszym rajdem. XD Wniosek: warto się odważyć. Ewentualnie na odwagę wypić piwo. :XD

No to w końcu WSIADŁAM XD Po kilku km w ręce.

Pelagia prowadzi! (głównie po krzokach)


Grażka też trochę prowadzi - Honor zaniemógł na widok kałuż.
(Grażyna zaniemogła na widok gospodarstwa xD)

Milena sobie umilała ten wypad, ale ja na początku miałam żołądek w supełek xD

Przepiękna mgła, rześkie powietrze po burzy... cudownie....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

komentarze na moim blogu